• Wiktor Orzechowski

TATŌan - MIR

Wrócił z kolejnej, odległej podróży. Koniec Europy to nie lada wyzwanie w jego branży. Wrócił nie pierwszy już raz i także nie pierwszy raz czuł związane z tym powrotem silne napięcie. Coś się jednak zmieniło. Nie fryzury, nie ubrania i nie meble w mieszkaniu, choć i te wydawały mu się przez krótki moment zupełnie inne.


Gdy dotychczas stawał w progu domu po swojej odysei to też zawsze przepraszał. Nie wprost. Nie słowem, raczej torbami słodyczy, krzywą miną w odpowiedzi na niepewność i też krzywe miny, pustym wzrokiem. Do dzisiaj nie potrafił tego rozpoznawać ani nazywać.


Teraz jakoś inaczej. Nie dlatego, że nie miał ze sobą tych wszystkich pierdółek do przepraszania i nie dlatego, że przyjechał wcześniej. To była decyzja, ale powiedzenie sobie, że przecież nie ma za co przepraszać, że w zasadzie nigdy nie miał, że jest ok-gościem i że zawsze starał się na 100%, hetał na chleb w obcym świecie... to było coś więcej.


Ta wewnetrzna zgoda... coś co kolega, ten co ma zawsze w kabinie chyba z 50 książek, i tak chętnie pożycza je innym, czyta na głos fragmenty albo puszcza.. no te.. ałdiobuki.. to on to nazywa spójnością. On mówi do każdego: "Mirek... ty nie jeździj po całym świecie szukać... ty to odnajdź teraz, tutaj!" I nawet jak nie masz na imię Mirek, to chcesz poczuć ten jego pokój, jak on gada.


Więc ta spójność... czy to ona, pozwoliła mu zobaczyć ciekawość i otwartość na ich twarzach? Jak odkrył co, tak na prawdę, potrzebowały dzieciaki kiedy stawał w drzwiach po długiej nieobecności? Co sprawiło, że łikend pierwszy raz dał odpoczynek, a śniadanie wreszcie smakowało jak śniadanie?




3 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie